Wewnętrzne rozmowy

Nowe wiersze Jerzego Hajdugi rzucają wyzwanie poezji egotycznej, skupionej na naskórkowych wrażeniach, rozgadanej o udrękach artykułowanych przez znękany lub efektownie udający znękanie podmiot – pisze Piotr Wiktor Lorkowski w recenzji tomu Uważaj na siebie.

 

 

Uważaj na siebie to zbiór będący kontynuacją wewnętrznych rozmów, które – jak pisałem przy okazji omawiania tomiku jeszcze („Topos” 3/163/2018) nie potrzebują wielu słów, za to potrzebują słów najważniejszych.

 

Patrząc wstecz na wcześniejsze zbiory Hajdugi, mam poczucie, że przygotowywały one jego podmiot na moment, kiedy będzie mógł powiedzieć:

 

rozmawiam ze sobą

zaczynam

słuchać

 

(Coraz ciekawiej),

 

jak gdyby uświadamiał nam, że sedno rozmowy nie w mówieniu tkwi, ale we w-słuchaniu. Wówczas komunikacja naprawdę intymna, autentyczna, pomaga porozumieć się z samym sobą.

 

Tekstowe „ja” wraca do siebie niby z dalekiej drogi, bynajmniej nie błędnej ni daremnej. Nie jako syn marnotrawny, lecz jako ktoś, kto znów trafia pod swój dach bogatszy o wiele, dobrze zapamiętanych i skrzętnie zanotowanych doświadczeń. W chwili swego powrotu stwierdza:

 

jest mi blisko do

siebie a nawet

bliżej

 

(Długi powrót).

 

Okazuje się bowiem, że do bycia dla siebie interesującym rozmówcą, nawet do własnego milczenia, trzeba dojrzeć, co wymaga cierpliwej, rozłożonej na lata lub nawet dekady pracy nad sobą; swego rodzaju ascezy.

 

Odczytując te wiersze, powinniśmy unikać upraszczającej psychologizacji, ale wydaje się, że dotarłszy w głąb własnej jaźni, podmiot zastaje tam kogoś podobnego do samego siebie, reprezentującego nieuświadamianą, lepszą stronę jego osobowości. Ich spotkanie wyprowadza go z izolacji, uwalnia od samotności.

 

Owo „ty”, prawem gramatyki oznacza zaimkowo rozmaite osoby, zjawiska czy pory dnia (zob. Nocy ty moja), wszakże niezmienna pozostaje jego rola na ogół milczącego partnera relacji z lirycznym „ja”, zaproszonego do dzielenia z nim zdziwień, wzruszeń czy nieomal dziecięcej beztroski (Po deszczu kałuże).

 

Relacja ta raz przypomina świętych obcowanie, innym razem – wypróbowaną przyjaźń. Zawsze jednak zakłada korespondencję wrażliwości. Nie bez przyczyny sięga poeta po symbol listu; wokoło niego koncentrują się tu trzy znaczące miniatury (Listy bez listonosza; Puste koperty; Płomienny list). Odsyłają one czytelnika do skomponowanego na dwa głosy zbioru Listy na stół (2019), powstałego we współpracy z Aliną Bernadettą Jagiełłowicz.

 

Tom najnowszy, wyjaśnijmy, tak daleko w dialogiczność nie idzie. Autor każe czytelnikowi domyślać się odpowiedzi udzielonych mu przez partnerów, względnie zachowuje je dla siebie, co bynajmniej urody ni głębi tym mikromedytacjom nie ujmuje. Wszak głównym tematem jest tutaj indywidualne „ja”, co by zbliżyć się do siebie, musiało wpierw dorosnąć do dystansu, odrobinę się uciszyć.

 

Nowe wiersze Hajdugi rzucają wyzwanie poezji egotycznej, skupionej na naskórkowych wrażeniach, rozgadanej o udrękach artykułowanych przez znękany lub efektownie udający znękanie podmiot. Moglibyśmy je uważać za głos w dyskusji nad szczerością lirycznego monologu, najbardziej przekonującą nie w początkowych wyznaniach debiutantów, ale po długim czasie sumiennego, coraz to ponawianego rozeznawania siebie:

 

powtórz mnie powtórz

przypomnij

szeptem

 

 – czytamy w wierszu Z szat obnażony. Poetycka persona nie kryje swych tęsknot, zdziwień, zasmuceń. Jednakże krystalizuje je, oczyszcza do egzystencjalnego sensu, starając się powiedzieć akurat tyle, ile powiedzieć się powinno. Wyjmuje z milczenia, myśl, obraz, odkrycie. Czasem niemal gotowe (zob. Nie zaśpiewam pieśni), czasami – jak sugeruje forma – naznaczoną śladem warsztatowego szlifu, zabiegu, co w kilku słowach, w trzech najwyżej wersach zatrzymuje, kumuluje poetycką energię. Każe jej rozbłysnąć i w rozbłysku się zatrzymać, albo uformować się w ideogram zaskoczenia, rozumienia lub uroczystego nastroju (zob. Dźwięk kolędy), w wizję osamotnienia lub opuszczenia.

 

Przykładem tych ostatnich są zamykające tomik fragmenty z czasu kwarantanny po części zbliżone do pandemicznych haiku, po części – do aforyzmów (przykład: „nawet gdy dłużej czekam/ mam chwilę na/ wieczność”).

 

Lakoniczna poetyka idzie u Hajdugi w parze z ogromną gościnnością dla wiersza. Może w tym właśnie tkwi powód bogactwa jego dorobku, obfitości tekstów. Poeta rad je udostępnia (także w sieci), ku naszemu współ-zamyśleniu, współ-przeżywaniu stanów ducha i nagłej łzy zmytej ulewą (por. Złapał mnie deszcz).

 

Na koniec uwaga czysto wrażeniowa. Jak się wydaje, tak w tym, jak w poprzednich zbiorach Jerzego Hajdugi, spotykamy kogoś, kochanego ogromną miłością. Wystarcza jej nawet wtedy, gdy kochająca matka odeszła spomiędzy żywych. Jej miłość, za pośrednictwem wiersza, udziela się nam wszystkim. Teraz swoją, wyartykułowaną w tytule radą – przestrogą obejmuje każdego, kto nad medytacją drezdeneckiego poety poświęci choć trochę uwagi.

 

AUTOR: Piotr Wiktor Lorkowski

Źródło: „Nowy Napis Co Tydzień”, 2021, nr 83

 

Jerzy Hajduga, Uważaj na siebie, Biblioteka „Toposu”, T 182, Sopot 2020.