Po prostu… hajdugany

Wersy Jerzego nie kryją się za sutanną. Są odważne, pełne emocji. Błądzą po rozłące, samotności, rozstaniach. Bez kropki. Niedopowiedziane. A przez to ich interpretacja może być bardzo różna – pisze Wanda Dusia Stańczak.

 

 

 

To było mniej więcej trzy lata temu podczas wirtualnej rozmowy ze znajomym o poezji i ciekawych odkryciach. Zapytał mnie wtedy: „A znasz wiersze Hajdugi?” Zaprowadził mnie linkiem, bo odpowiedź brzmiała „nie”… Zaproponował wizytę z kawą, bo szybko się z tego portalu nie wychodzi. A na pożegnanie dodał, że Hajduga jest księdzem.

 

Zmroziło mnie to ostatnie zdanie. Nie lubię obnażania religijnych preferencji i uczuć. Poezja w koloratce – też mi podpowiedź. Ale odrzucać w ciemno nie mam w zwyczaju. Wchodzę. Czytam…

 

Ściągnij więcej

 

wychodzisz rozebrana
ze mnie

 

też nagiego

 

 

* * *

 

Odzwyczajam się

od miłości co tam

nałóg

 

 

Rozmyte wspomnienie

widzę cię
w deszczu

 

i deszcz
sam

 

Kto pierwszy

wychodzimy z siebie
jak z nałogu

 

tobie się
udało

 

Wracam do nazwiska. Nie, niczego nie pomyliłam. Czytam kolejne wiersze. I zostaję… Na trzy lata, które właśnie mijają. Z wielkim apetytem na kolejne.

 

Kapelan drezdeneckiego szpitala, ksiądz Jerzy Hajduga. Użyłam w komentarzu czy rozmowie słowa „ksiądz” i był to ten jeden jedyny raz. Od tamtej pory rozmawiam z Jerzym. Poetą. Pisarzem. Człowiekiem niewolnym od słabości, tęsknot, rozterek. Tak myślę, bo wiersze to lustro. Wersy Jerzego nie kryją się za sutanną. Są odważne, pełne emocji, prawd wszelkich. Błądzą po rozłące, samotności, rozstaniach. Bez kropki. Niedopowiedziane. A przez to ich interpretacja może być bardzo różna.

 

– Niedopowiedziane bardzo głośno mówi – uśmiecha się Jerzy. – To prawo języka milczenia, ciszy. Niech każdy weźmie z wiersza, ile chce i smakuje…

 

Szczególnie szeroką przestrzeń dają wiersze trzywersowe, które w twórczości Jerzego Hajdugi są jakby znakiem rozpoznawczym. Tytuł – bardzo ważny – jest nierozerwalną częścią całości.

 

– Krótka forma koncentruje uwagę, dźwiga i podkreśla całą wagę słów – uzasadnia Jerzy. –  Jest nawet tomik, mój ulubiony, Uważaj na siebie, który pozbierał właśnie tylko takie wiersze. Nie, to nie haiku, ale znajomy z Fejsbuka, który podpisywał się jako „Lech haiku”, wymyślił dla nich nazwę „hajdugany”. Poszło w świat i tak zostało.

 

Bywa, że rodzina „hajduganów” zabrzmi opowieścią. Oczywiście też niedokończoną…

 

 

A może za jasno czekam

 

widziałem cię na moście

zakochanych tak

to byłem ja

 

tyle łez po kątach

wyciągam jedną

jedyną

 

ty bosa bez pantofelka

moja noga

w nim

 

łamiemy się

co znowu upadło

podnosimy

 

znowu ty

do rany

przyłóż

 

noce nocują

sny się

snują

 

zostaję przy

nocnym

świetle

 

Tak rozpostarty wachlarz niedopowiedzeń wywołuje różne reakcje. Pytam Jerzego, czy był wzywany na dywanik, z reprymendą w finale.

 

– Nie, tak jednoznacznie nie, ale słyszałem od niektórych księży piszących, szczególnie starszych, że zmysłowość jest trochę niezdrowa, że nam nie przystoi. Był mur, który ograniczał, przeszkadzał, ja to też czułem. Dopiero papież Jan Paweł II złagodził jakby spojrzenie przełożonych i piszących na te zagadnienia. No i oczywiście oczy otworzyła mi poezja księdza Jana Twardowskiego. Kto by przedtem odważył się pisać o Matce Bożej na szpilkach, w warkoczach…

 

Słucham i myślę, kto by się odważył otworzyć teatr w podziemiach, w nieczynnej kotłowni, zawalonej węglem. Pytanie retoryczne, bo ja wiem. I dlatego pojechałam do Drezdenka. W drodze do Kołobrzegu z zaprzyjaźnioną artystyczną duszą, Nadią Malicką, zboczyłyśmy z trasy. Jerzy nas oczekiwał. Chyba nawet trochę się zasmucił, że zbieramy właśnie grzyby w lesie i mamy jeszcze spory kawałek jazdy. To nas zdyscyplinowało i wkrótce ujrzałam stare neogotyckie mury kościoła. I ramiona. Otwarte ramiona Jerzego.

 

Kilka, może kilkanaście schodków w dół i jesteśmy w teatrze. W Teatrze Kotłownia. Surowe, zimne wnętrze, ściany z czerwonej cegły, mała jakby scena poniżej miejsc dla publiczności. Krzesła pomieścić mogą do 50 osób. Nie ma kurtyny. Jest jeszcze jedno pomieszczenie, pełniące funkcję garderoby, pokoju do wszystkiego – przebieralnia, herbaciarnia, kącik na poczęstunek, po prostu co kiedy potrzebne. I to chłodne wnętrze nagle nabiera temperatury, a przez mury jakby słońce przeniknęło.

 

Jerzy opowiada, a emanująca radość grzeje niczym termofor. Bo to on pierwszy uruchomił wyobraźnię i w nieczynnym, zagraconym wnętrzu zapragnął wymościć dom dla sztuki. A gdy zaprzyjaźniony Bartosz Bandura, pochodzący z Drezdenka aktor teatru gorzowskiego im. J. Osterwy, podzielił pomysł, zapaliło się światełko. Dołączył jeszcze teatrolog, poeta Tomasz Walczak i… I w październiku 2015 r. Teatr Kotłownia zaprosił publiczność na inaugurację. Wystawiony został monodram Bartosza Bandury pt. Pogodzić się ze światem inspirowany twórczością Edwarda Stachury. I tak stara kotłownia dostała nowe życie. Odbyło się 20 premier, uroczyście, jak to w dobrym artystycznym zwyczaju.

 

Nie trafiłam na spektakl. Ale trwał właśnie Festiwal Literacki Słowa na Puszczy i tego wieczoru zaplanowano spotkanie z Jerzym Alskim, z zawodu lekarzem, literatem, autorem kryminałów, thrillerów, sensacji, literatury pięknej. Prowadził je Jerzy. Zapełniły się wszystkie krzesła. Spotkanie bez grama sztywności, z ciepłem, dowcipem, w jedności z publicznością. Tak po prostu…

 

Magiczni ludzie, magiczne miejsce. Nic dziwnego, że na premiery przyjeżdżają sympatycy teatru nawet ze Szczecina, Wrocławia, Gorzowa. A dołączą i z Warszawy. Jeśli nie na premierę, to żeby o tak, po prostu, pooddychać tą wyjątkową aurą. Obiecałyśmy to sobie z Nadią. A i okazji trochę się nadarzy.

 

Jerzy, który ma wydanych 19 tomików, dołoży w przyszłym roku kolejny. Bardzo ważny, głównym tematem będzie słowo „matka”. Sprawi sobie taki urodzinowy prezent na 70-lecie, które właśnie w 2022 roku przypada. Siedem lat mama czekała na święcenia kapłańskie syna, a dwa miesiące przed – zmarła. W poezji Jerzego dużo wersów dotyka tego rozstania, tęsknoty, miłości. Tom będzie jakby klamrą, spinającą tych 70 lat z mamą w roli najważniejszej.

 

 

Czuły dotyk

mamo wróciłem zgaś światło
już sam potrafię
czuwać 

 

dotykam dłonią policzek
nie oddawaj
proszę

 

Zanurzam się w te niezwykłe „hajdugany” uwolnione ze smyczy. Wracam do niektórych wielokrotnie. Zanurzam się w klimacie i piszę, zainspirowana. I widzę niedostrzeżone. I mówię przemilczane, dziwiąc się, że dopiero teraz. Czuję, że dojrzewam poezją Jerzego.

 

AUTORKA: Wanda Dusia Stańczak

ŹRÓDŁO: „PostScriptum” 4/2021 (14)