Krótkie wiersze na długie pożegnanie

Wiarę w poezji tworzonej przez kapłanów często traktuje się w kategoriach oczywistości. Pyta się o nią rzadko. Ale recenzent musi zapytać: jak wierzy podmiot wierszy Hajdugi? Wydaje się, że decydującą rolę odgrywa tu wewnętrzne doświadczenie – o tomach takie twoje odchodzenie i zostań pisze Piotr W. Lorkowski.

 

 

1.

Trudno jednoznacznie ustalić, w jakiej kolejności należałoby czytać dwa, nie dosyć, że opublikowane jednocześnie, w jednym, zgrabnym edytorsko, pakiecie i dodatkowo przy tej samej okazji: siedemdziesiątych urodzin autora, tomiki Jerzego Hajdugi – takie twoje odchodzenie oraz zostań. Stylistycznie oraz tematycznie oba (w różnym stopniu) stanowią kontynuację dyskursu znanego z takich zbiorów jak jeszcze (2018) czy uważaj na siebie (2019). Wskazówki co do właściwej kolejności lektury udziela pierwszy z wymienionych zbiorów, gdyż znajdujemy w nim nieco z tekstów z książki poprzedniej, uzupełnionych nowymi. Od niego więc zaczniemy.

 

2.

Pożegnanie ze zmarłą matką jest dla lirycznego „ja” Hajdugi zadaniem długodystansowym, do czego otwarcie się przyznaje podtytułem treny z lat. Dat rocznych jednakże nie podaje. Rozpamiętując fakt śmierci, czyniąc tematem rozmyślań matczyną nieobecność, zawiesza bieg czasu, zwłaszcza w miejscach, gdzie owa nieobecność się skupiła, często wokoło przedmiotów, które towarzyszyły umarłej lub ją otaczały, gdzie owa nieobecność zakrzepła, zastygła w obrazach.

 

Jednocześnie dojrzałość podmiotu skłania go do podsumowań, do sumarycznego obejmowania przeżytych dekad. Poezja pozwala mu ogarnąć własną sytuację, zwłaszcza relację z rodzicielką w maksymalnym skrócie (zob. Żadną łzą). Hajduga nie tyle składa wyznania, ile, jak sam to określa, na siebie donosi. Nie bez powodu użyłem tu określenia „rodzicielka”. Bowiem matka jawi się tu jako dawczyni życia. Rodzenie, podobnie jak śmierć, w optyce tej poezji okazuje się fenomenem ciągłym, rozłożonym na dziesięciolecia synowskiego żywota.

 

Być może owo wydawanie na świat dobiegło końca dopiero w momencie zgonu (por. Śmierć kołysze); w sensie zaś emocjonalnym, egzystencjalnym, zapewne także duchowym, wciąż trwa. Rodzisz mnie po latach – czytamy w wierszu zarysowującym model podmiotu obecny także w drugiej z interesujących nas książek: topos chłopca-starca.

 

Właśnie ów pierwiastek dziecięcy długo nie pozwala mu na rozdzielenie się z matką. Wszelkie psychologizowanie tego związku byłoby chyba czynnością interpretacyjnie mało owocną. Lepiej byłoby chyba postawić hipotezę, że dzieciństwo byłoby tu czasem do końca nie-dożytym, nie-przeżytym. Kiedy dobiegnie końca, wiersze Hajdugi nam nie powiedzą. W każdym razie tekstowe „ja”, pełne prostych synowskich uczuć, niezmiennie pozostaje gotowe do czułych gestów (Zawsze); zachowuje się niby kilkulatek w oczekiwaniu matczynego nadejścia z sąsiedniego pokoju. W wyobrażeniu tym zaufanie łączy się z niewygasłą dotąd troską (Niedługo przyjdzie). Obraz, wyobrażenie umarłej, chwilami oderwanej od codziennych prac, okazuje się niezatarty; pamięć wzmacniają podobizny, dokumentalne ślady jej istnienia (Od obrazu do obrazy). Ale klepsydry – to już publiczne świadectwa zgonu (Wiadomości). Zdaje się także, że opuszczona przez matkę przestrzeń z jej nieobecnością się nie godzi, Gdy przycicha stęskniona myśl, milczącą mową odzywają się pozostawione przedmioty (zob. Coraz ciszej).

 

Poetycką refleksję określa w tym tomie wiara w świętych obcowanie, nie tylko zresztą na płaszczyźnie duchowej, poszerza ją przekonanie o możliwości fizycznego kontaktu; „złóż proszę we mnie/ zziębnięte dłonie” – prosi wiersz Nie do popełnienia. Żałoba powoli staje się czasem snów. Później nasyca się modlitwą. Stopniowo w macierzyńsko-synowski związek wchodzi ktoś trzeci; ten, komu podmiot zdecydował się służyć w swoim zakonnym kapłaństwie: Chrystus. Jeszcze nie jako wszechmocny pocieszyciel, lecz już jako powiernik osamotnienia (por. „Panie, ty wiesz…”). Towarzysz tyleż dyskretny, co współczujący, coraz bliższy każdemu, kogo dotyka bolesny absurd utraty: „wstał z kolan matki/ na oczach której/ umiera dziecko// sam zapłakał” (Pieta).

 

3.

Wątki żałobne nie ograniczają się do pierwszego z omawianych tomów. Zostań – prosi tekstowa persona, kontynuując swój dialog z umarłą. Nie mniej gorliwie niż poprzednio. Chwilami nawet bardziej, bo sam czuje się rozpoznany w miłości i poprzez miłość, co tutaj występuje pod coraz bardziej własnym imieniem. Poddany jej oddziaływaniu, posiwiały (do czego otwarcie się przyznaje) siedemdziesięciolatek znów staje się uczniakiem z belferską uwagą w zeszycie. Teraz sam już musi sobie z nią poradzić, bo zabrakło matki, która wzięłaby w obronę nawet jego domniemane, nieznane czytelnikom uchybienia (zob. Szpital Przemienienia). Synowskie przywiązanie zbiera każdą odrobinę pozostałego po matce ciepła. Zebrało go tyle, że mogło się do niego przytulić, jak gdyby wbrew surowej logice śmierci.

 

W takim stanie wkracza poetycki bohater w nowy dla niej i dla wszystkich chyba porządek narzucony przez pandemię, a zarazem w nowy etap realizacji kapłańskiego powołania – posługi szafarza sakramentów, pośród chorych i aniołów: „maleńki oddział w szpitalu/ zakaźnym na mój dotyk/ wszyscy dostają skrzydeł” (Z olejami). Oddanego tak samo tym, co potrzebują kapłańskiej bliskości, jak i tym, którzy jej sens otwarcie kwestionują: „anioł w szeleszczącym kombinezonie/ ubiera mnie na swoje podobieństwo// i prowadzi od sali brzmi jak/ dzwoneczek idzie ksiądz// a co ksiądz nie ma/co robić (Anioły w kombinezonach).

 

W krótkim obrazku odsłania się nowy wymiar kapłańskiej tożsamości symbolizowanej także poprzez atrybut stroju, nabierającego istotności, gdy zużywa się w służbie bliźniemu; traci zaś w oderwaniu od swego właściciela: „sutanny/ czyste doprasowane/ wiszą byle jak” (Bez znaczenia). Liturgia zaś pogrzebowa w czasie zarazy, celebracja pochówku w szczupłym gronie, staje się dlań okazją do spotkania z nieżyjącym od dawna kolegą. Okoliczność ta nabiera dodatkowego znaczenia w kontekście sytuacji, co wydają się zapowiadać jego własne z doczesnością rozstanie, opuszczenie świeżo odnowionego pokoju (Kąt dla siebie), konieczność spakowania ostatniej walizki (Ściany nocą mają się).

 

Wiarę w poezji tworzonej przez kapłanów często traktuje się w kategoriach oczywistości. Pyta się o nią rzadko. Ale recenzent musi zapytać: jak wierzy podmiot wierszy Hajdugi? Wydaje się, że decydującą rolę odgrywa tu wewnętrzne doświadczenie – niby skromne, pozbawione efektów specjalnych, lecz niosące ze sobą błogosławieństwo pewności wywiedzionej z Jezusowego pouczenia zapisanego w ewangelii Janowej ( J 20, 29); powiada poeta: „nie ujrzałem cię/ nie ujrzę/ wierzę (Błogosławiony ja)…

 

Tej wierze wystarczy garsteczka nadprzyrodzonych intuicji, wyjście z poczucia własnej nieobecności. Zwłaszcza wtedy, gdy do izdebki samotnika dobija się sam Zbawiciel (Walisz w moje drzwi), gotów osobiście popracować nad duchowością swego sługi, wolnego od wątpliwości, ale dalekiego jeszcze od formułowania gotowych rozwiązań, recept na wiarę. Prócz może jednej: odnoszącej się do bycia blisko tych, których się kocha, i tych, których solidarnie przyjdzie pokochać.

 

4.

Poeta przyzwyczaił nas także do przejrzystej formy swoich mikromonologów. W tomie zostań nie możemy jednak przeoczyć ciekawego novum – mianowicie humoru, lingwistycznie-białoszewskiego, ujawniającego się w wierszu Pandemija; czyta się on tak: „mija pan de/ też w masce/ pani ka”. Skontrastowanie tej żartobliwej scenki z tonacjami ostatecznie poważnymi wskazuje, że poezja Hajdugi cały czas pozostaje zdolna do dalszego rozwoju.

 

Autor: Piotr W. Lorkowski

Źródło: „Topos” nr 5/2023

Jerzy Hajduga, takie twoje odchodzenie, tercja, Poznań 2022.
Jerzy Hajduga, zostań, tercja, Poznań 2022.