Wywołany do tłumu

Wywołany do tłumu tak sobie leżę i wyobrażam. Nagle okna w porywach firanek zamykają się i otwierają. Za szybami gałęzie i śmieci, drzewa rozkołysane przez wiatr. Stoję w oknie. Deszcz zaczyna padać, jeszcze szybciej rozmywa widok i uspokaja.

 

Drezdenko. Upalny dzień, zresztą już któryś z kolei od tygodni. Leżę w pokoju na łóżku i myślę o spotkaniu dzisiaj o godzinie 21.30 z dziennikarzami Lata z Radiem. Jestem zaproszony, a właściwie mam trafić do nich. W tym czasie koncert zespołu Perfect, czyli tłum ludzi. Umawiamy się przed główną bramą stadionu.

 

Tak sobie leżę i wyobrażam. Nagle okna w porywach firanek zamykają się i otwierają. Słyszę syreny straży pożarnej, szybko zamykam okna. Za szybami gałęzie i śmieci, drzewa rozkołysane przez wiatr. Stoję w oknie. Deszcz zaczyna padać, jeszcze szybciej rozmywa widok i uspokaja. Dostaję telefon, że wszystko opanowane, więc dojdzie do spotkania. Umawiamy się inaczej, po prostu ktoś po mnie przyjedzie.

 

Jest trochę czasu. Telefon ze szpitala z prośbą o przybycie do chorego. Idę i wracam do siebie. Za chwilę słyszę pukanie do drzwi z wiadomością, że pod plebanią ktoś czeka na mnie. Wychodzę, a tu … ogromny wóz strażacki. – O, Boże! – krzyknąłem z uśmiechem. Po drodze widzę przez szybę tłumy rodzinami idące w stronę stadionu. Jedziemy wolniej, ostrożniej. Prawie pod namiot studia radiowego.

 

Rozmowa trwa zaledwie kilka minut, dalej słucham Perfectu. Obok mnie pojawiają się przyjaciele Zosia i Ludwik Lipniccy. Z koncertu wracamy razem, ich samochodem. Przywieziony i odwieziony, jak się umawialiśmy.

 

Prawie północ, nie mogę zasnąć. Wywołany ze swojej samotni do tłumu, czuję się jak uczeń wywołany do tablicy. Ufajmy, że następnym razem zdołam bez pomocy straży pożarnej.

 

Drezdenko, 3 sierpnia 2014 r.

 

ks. Jerzy Hajduga

Przeczytaj też

Dodaj komentarz