O dobrym uzależnieniu, miłości do pióra i kapłaństwie, czyli o twórczości Jerzego Hajdugi

Kiedyś moje wiersze były dłuższe, bardziej rozpisane, teraz lubię formy krótkie, lubię miniatury i lepiej się czuję w tych formach, nie jestem rozgadany na poematy. Próbowałem dłuższych form, nawet dwa tomy felietonów wydałem, ale później już zarzuciłem ten typ pisarstwa, dałem sobie spokój. Lepiej się czuję w poezji i krótszych formach.

Tekst i rozmowa: Marta Wiatrzyk-Iwaniec.

 

Poeta to nie zawód, bycie poetą to powołanie. Poeci niezawodowi, czyli tacy, których profesją jest coś innego niż pisanie (choć profesjonalni), piszą tak przy okazji codziennego życia, powiem nawet więcej: na marginesie życia, tak jakby komentując je z boku. Nie ujmuje to wcale ważności ich pisarstwu, po prostu, i tutaj umówmy się, zazwyczaj poetą jest się przy okazji wykonywania innego zawodu (tak, ukrywam w tym zdaniu smutną konstatację, że z pisania trudno wyżyć). Gdyby więc zrobić quiz polegający na odgadnięciu na podstawie wierszy, profesji autora tomiku „Jeszcze”, mało kto rozwikłałby tę zagadkę bezbłędnie. Jak to? Ksiądz?

 

Rację miał ks. Andrzej Draguła, który kwintesencję twórczości księdza Jerzego Hajdugi ujął w słowach: „Te wiersze to chyba najbardziej nieksiężowska poezja ze wszystkich znanych mi księży poetów. Próżno szukać tu wierszy religijnych, Bóg nie pojawia się zbyt często, jeśli jest, to raczej Deus absconditus – Bóg ukryty”. Rozwijanie tego wątku byłoby zbędnym truizmem. Wolę w tym miejscu oddać głos samemu poecie, który odkrywa warsztat swojej pracy i tajniki procesu twórczego.

 

Jak wyglądał prapoczątek księdza pisania i publikowania?

Zaczęło się to już w tak zwanej młodości, gdy się miało naście lat, wówczas popularne były czasopisma „Na Przełaj” i „Radar”. Wysyłałem wiersze najpierw do tych czasopism, a później już do pism ogólnopolskich, profesjonalonych, literackich typu „Tygodnik Kulturalny”. Trochę byłem stremowany, bo to już było poważne pismo, przecież tam redaktorem był Tadeusz Nowak. Ale kiedy się okazało, że przyjęli moje wiersze, stałem się odważniejszy w ich wysyłaniu. Publikacja pierwszego tomiku poetyckiego była propozycją z zewnątrz. Opublikowałem w Wydawnictwie Miniatura tomik „Nawrócenie św. Augustyna” w 1989 roku. Miło wspominam całą otoczkę tego pierwszego wydania.

 

Potem były następne publikacje aż do najnowszego tomiku „Jeszcze”. Jaki jest sens tytułu i myśl przewodnia?

Wiersze, jak to wiersze, pisałem pod wpływem chwili, wrażeń, nie było jakiejś specjalnej myśli przewodniej. Kiedy nazbierało się trochę tych wierszy, przekazałem je redaktorowi moich książek, Karolowi Francuzikowi, notabene jest to mój były uczeń, on się uczył przy mnie pisać wiersze, i on właśnie redagował później ten tomik. Byłem ciekawy, co wybierze, bo samemu wybierać, to jest trudno, musi być jakiś dystans, więc zawsze oddaję wiersze w inne ręce. Później była sprawa tytułu. Ja miałem na myśli swój własny tytuł, ale on wybrał tytuł „Jeszcze”. Ktoś by powiedział, że może taki mało poetycki, bo zwykle moje tomiki mają tytuły bardzo poetyckie typu: „Wynajęty widok” czy „Rozmilczam się na wiele głosów”, a tu jedno słowo: jeszcze. Ja miałem tytuł, który mi pasował jakiś długi czas do tomiku, a był to tytuł wiersza, który w tomiku występuje jako ostatni: „Będzie dobrze”, ale, niestety, uznałem, że przy dzisiejszej polityce, kiedy się mówi o dobrej zmianie, to mogłoby to być źle odczytane, a nie chciałem wejść w jakieś konotacje polityczne i stąd zgodziłem się na tytuł „Jeszcze”.

 

Wiersze księdza rodzą się czy przychodzą z zewnątrz? Poetą się ksiądz urodził czy został?

Ja myślę, że się urodziłem, bo to „coś”, ten imperatyw pisania, jest w człowieku, to na pewno dar, tego się nie można jakoś nauczyć, a moje wiersze się rodzą z doświadczeń. Coś we mnie zostaje, jakaś fraza, nawet słowo, i się robi taki moment, że się człowiek chce rozpisać. Kiedyś moje wiersze były dłuższe, bardziej rozpisane, teraz lubię formy krótkie, lubię miniatury i lepiej się czuję w tych formach, nie jestem rozgadany na poematy. Próbowałem dłuższych form, nawet dwa tomy felietonów wydałem, ale później już zarzuciłem ten typ pisarstwa, dałem sobie spokój. Lepiej się czuję w poezji i krótszych formach.

 

Pisanie bierze się z nadmiaru czy niedosytu?

Nadmiar czy niedosyt…Hm. Chyba i to, i to. Dużo wrażeń to nadmiar, prawda? I to jest twórcze, ale nie jest tak, że od razu zapisuję, bo nie chodzę z piórem i z kartką papieru, tak to nie jest. Ale później zostaje w człowieku jakiś niedosyt i z czasem sobie dopowiadam, wyobrażam pewne odczucia i wrażenia, zapisuję. Tak powstaje wiersz.

 

Napisał ksiądz pewien wiersz, który nie wszedł do tomiku „Jeszcze”, ale opublikował go ksiądz na swoim blogu. Nosi tytuł: „Kto pierwszy” Przytoczę go tutaj:

 

wychodzimy z siebie
jak z nałogu

 

tobie się
udało

 

Dla mnie piękno tego wiersza zawiera się w tym, że w miniaturowej formie wyraża głębokie treści. Zastanawiałam się po przeczytaniu tego wiersza, czy ksiądz ma odwagę wysłowienia, czy nie boi się posądzeń czy niezrozumienia, bo to jest wiersz, który odniosłabym do relacji damsko-męskiej, może nawet do jakichś relacji toksycznych…

Często się zdarza u mnie, że ludzie odczytują moje wiersze nawet jako erotyki. Ja się wcale nie buntuję, bo w moich wierszach rzeczywiście jestem bardzo otwarty w uczuciach i może każdy coś dla siebie odnaleźć. Tak, jestem księdzem, ale chcę, by każdy coś wziął dla siebie po przeczytaniu moich wierszy – i wierzący, i niewierzący – by wiersz potrącił uczucia każdego… By potrącił to, czym ktoś żyje, codziennością, a więc nie tylko sacrum, ale i profanum. Często zauważam, że to się ludziom podoba, że ja, jako ksiadz, piszę w ten spoób, że poruszam struny ludzkich emocji. Ten wiersz długo we mnie siedział, nie mogłem go jakoś wysłowić i w nim się wyrazić, aż przyszedł taki moment, że go uchwyciłem. W tym wierszu jest wiele uczuć, prawda? Myślę, że on jest bliski każdemu i każdy sobie może go na swój język i na swoje przeżycia przełożyć i niech tak go odczyta, jak chce.

 

Czy pisarstwo pomaga czy przeszkadza w kapłaństwie?

Bardzo pomaga! Przede wszystkim, co jest ważne, że uwrażliwia mnie na słowo, a wiadomo, że my się posługujemy w kapłaństwie słowem, chociażby homilie itd. Brewiarz i psalmy ukazują piękno i czystość języka polskiego, a język jest często okalczeczony i ja, jako poeta, chcę zachowywać to piękno języka.

 

Ksiądz-poeta czy poeta-ksiądz? Jaka jest kolejność?

[śmiech] Jeśli to są dary, to najpierw pisałem i publikowałem, prawda? Do seminarium wstąpiłem późno, mając lat 28, a nie jako maturzysta, ale dziękuję przede wszystkim Bogu, że jestem księdzem. Bycie poetą to jest taki dodatek do mojego kapłaństwa, czy w ogóle do człowieczeństwa. Ujmę to w ten sposób: ksiądz i poeta, żeby zachować to, co czuję najbardziej i za co dziękuję najwięcej. Przede wszystkim jestem księdzem, a przy okazji, będąc księdzem, cieszę się, że mogę pisać. Nawiasem mówiąc, to w latach osiemdziesiątych zaczęto czytać i doceniać księży-poetów. Ks. Jan Twardowski, ks. Janusz Pasierb. Wcale się nie wstydzę, że jestem księdzem, ale też nie narzucam się kapłaństwem ani w życiu, ani w swoich wierszach. W moim pisaniu duże znaczenie odegrał fakt, że od 12 lat jestem kapelanem szpitala. Do kapelaństwa też trzeba było dojrzeć, polubiłem tę posługę wśród chorych. Właściwe i ta posługa, i równoległe z nią pisarstwo, przechodziło pewne etapy. Pierwszy z nich wywołał wiele emocji. Powiem, że na początku zadręczałem się właściwie tym cierpieniem, którego byłem świadkiem. Widziałem parafian, ludzi na ulicy, a potem przykutych do łóżka, którzy właściwie czekają już na śmierć. Powstały wiersze, które zebrałem w tomik zatytułowany „Odpocząć od cudu”. Byłem wtedy monotematyczny. Powiem, że dobrze, że trochę wyszedłem z tego tematu. Dobrze, że teraz odzywają się struny człowieka zwykłego i radosnego, i lirycznego, a nie tylko ściany szpitalne i łóżka szpitalne. Dalej spotykam się z chorobami, ale już jakbym powrócił do tej swojej nuty codziennej, tej lirycznej, miłosnej, samotnej. Fakt kapelaństwa miał wpływ na pisanie przez jakiś moment, teraz też na pewno ma, ale już mniejszy.

 

Czy ma ksiądz mistrza literackiego?

Tak, od początku byli nimi Tadeusz Różewicz oraz Zbigniew Herbert, czyli klasycy. Z eksperymentów słownych Białoszewski, z księży: Twardowski, Pasierb, z żyjących Wacław Oszajca, Jan Sochoń, ale jeśli chodzi o księży, to mało jest dla mnie mistrzów. Czytam klasykę, współczesnych piszących poetów. I tak odkryłem chociażby poezję Krystyny Miłobędzkiej. Cenię Świetlickiego, Krynickiego, Lipską. Z prozy też zaglądam do klasyków, czytuję ostatnio Myśliwskiego.

 

Czy można pisać wiersze w oderwaniu od tradycji literackiej, czy może bawi się ksiądz postmodernizmem?

 

W tym tomiku wychodzi, że lubię się bawić słowem, lubię dźwięk słów, świetnie to zauważył na moim spotkaniu autorskim Karol Francuzik, przytaczając wiersz pt. „Wieczniej”:

 

nie bo

niebo

 

Ten tekst trzeba widzieć, trudno o eksperymentach opowiadać, prawda? Francuzik tutaj zauważył te gry słowne, ale to chyba tak mi zostało po Białoszewskim. Lubię zawieszenia i niedopowiedzenia, które zatrzymują, żeby nie było kropki. To otwiera potencjał do wielu odczytań. Nie lubię kropek.

 

A co to jest Kotłownia?

Kotłownia to jest bardzo dobre miejsce. Jest to rzeczywiście kotłownia w podziemiach kościoła naszego. Kilka lat temu, może 10–12, zrobiono tam remont i świetne tam powstało miejsce. Ówczesny proboszcz zezwolił na to, by wystawiano tam drobne formy artystyczne, spektakle, odbyło się tam kilka spotkań autorskich. Wystawiono tam między innymi „Ten pusty krzyż”, którego scenariusz napisałem. Trzy lata temu pojawił się tutaj aktor zawodowy, parafianian, Bartek Bandura, który wyżywa się tutaj artystycznie, zapraszając do współpracy kolegów i koleżanki.

 

Na księdza blogu widnieje zdjęcie, w którym trzyma ksiądz ołówek tak, jak się trzyma papierosa. Czy jest ksiądz uzależniony od pisania?

Myślę, że tak, teraz to już tak, teraz by mi tego brakowało. To już jest moja codzienność. Gdybym tak przestał pisać, to nie byłbym sobą, o, tak bym to powiedział. To mi pomaga, każdy ma jakieś zajęcia, hobby, jedni jeżdżą na ryby, inni robią jeszcze coś innego, a pisanie to jest coś, co mi pomaga żyć, spędzać wieczory, przemyśliwać pewne sprawy, związane z kazaniami czy rozważaniami związanymi z kapłaństwem, a wszystko się to tak ładnie łączy. W tym sensie tak, jestem uzależniony od pisania.

 

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Dziękuję również.

 

TEKST I ROZMOWA: Marta Wiatrzyk-Iwaniec

ŹRÓDŁO: „Niedziela Aspekty” 1 kwietnia 2018 nr 13

Przeczytaj też

Jedna myśl na temat “O dobrym uzależnieniu, miłości do pióra i kapłaństwie, czyli o twórczości Jerzego Hajdugi

Możliwość komentowania jest wyłączona.