Minitreny i przebłyski

Wysmakowana edytorsko jest książka poetycka Jerzego Hajdugi „Jeszcze”. Na okładce węższy pas amarantowy u góry, a szerszy pas czerni poniżej. Uwagę zwraca szczegół – pisze Zbigniew Chojnowski na łamach czerwcowych „Nowych Książek”

 

Przez granicę dwu barw przepływa strużka czerwieni. Zaciek lub łza, strużka celowo pozostawiona, chwilowa złośliwość rzeczy martwych? Ten element wzięty jakby ze świeżo malowanej ściany (lub obrazu) powraca w subtelnych wersjach na kartach z poetyckimi miniaturami Hajdugi.

 

Estetyczno-edytorski zamysł „Jeszcze” jest odpowiedni dla jej lirycznej zawartości. Hajduga chce być maksymalnie zwięzły, aż do granic komunikatywności. Chciałby mówić już nie tyle za pomocą jak najmniejszej liczby słów, ile bez nich. Wierny jest zamierzeniu, aby uchwycić już nie błysk (jak to czyniła Julia Hartwig), ale już tylko przebłysk. Minimalistycznie usposobionego poetę obchodzą krótkotrwałe, słabe błyśnięcia, które są zarazem nagłymi, momentalnymi i znikliwymi przejawami czegoś więcej.

 

Liryki-przebłyski nie są w pełnym znaczeniu sentencjami, maksymami, mądrościami, wręcz nie mogą nimi być, bo poeta uwidacznia to, co zaraz się zmieni, wyschnie, rozwieje się lub zatrze, uzyska własne, oddzielone od osoby przeżywającej istnienie. Poczucie, że doświadczamy jedynie cząstek niedającego się objąć procesu, jest u Hajdugi tak silne, że nie pozostawia on sobie złudzeń. Wzrok poety obejmuje miejsca i sprawy najbliższe, wyryte czasem do bólu w pamięci zmysłów i uczuć.

 

Dojrzały człowiek zna daremność uzurpacji, pretensji, a nawet uzasadnionych żalów. Nieśmiało, po cichu zaznacza swój sprzeciw wobec nieubłaganej logiki przemijania, któremu możemy przeciwstawić się jedynie za pomocą wierszy pisanych z wyobraźnią. W tomiku jeszcze jest żywa wiara w ocalającą, a przynajmniej terapeutyczną moc poezji.

 

Świadomość odchodzenia egzystencji w ciemność znajduje pocieszenie we wspomnieniu o matce i w skrawkach nadziei na pomyślną odmianę losu, a to znaczy kogoś, kto go przeżywa. Niesie on ożywcze paradoksy. Syn dla swojej schorowanej, umierającej i umarłej rodzicielki staje się kimś w rodzaju matki. Opieka nad nią sprawia, że teraz to on ją rodzi – już duchowo.

 

Liryki synowskie Hajdugi naznaczają wyjątkowością jego twórczość (nasuwa się skojarzenie z bardziej rozbudowaną w wątki synowsko-matczyne książką Tadeusza Różewicza „Matka odchodzi”). W miniaturach rozbłyskują: troska („Matka wraca”), wdzięczność („Ukrywanie”), cierpliwość i trwoga („Jeszcze nie”), udawana zazdrość („Śmierć ci była bliższa”). Miłosne politowanie wypowiada się w „Starej łzie”: „taka stara i dalej / nie wie // jak się zachować”. Poufałe poczucie humoru też utrwala więź, tym razem w wierszyku logopedycznym: „i za mną powtórz / swój błąd // ten gdy szepnęłaś / koham // przez samo / ha” („Ortograficznie”).

 

Śmierć rodziców nie pozostawia wątpliwości, następni w kolejce do przekroczenia ostatniego progu są ich dzieci. Z tą wiedzą mocuje się poeta, nie stroniąc od ludycznej, oswajającej ostateczny kres, nuty: „jak po guziku / i po mnie // nić // nic” („Podobnie”) czy intelektualnej filuterności. Myślę tu np. o wierszu „Ból”, w którym mowa o troskliwym zakłopotaniu, wyrażającym się pytaniem retorycznym o to, czy „ból”, który opuścił cierpiącego, poradzi sobie sam, bez jego nosiciela.

 

Przez cały tomik przebiegają echa obecności umarłej matki, po której odejściu syn zaczął żyć „w centrum nocy”. „Przebłyski” jakby z tamtego świata lub z przestrzeni pamięci powiadamiają o nieustającym związku syna z rodzicielką. Ta relacja w nowej sytuacji również wymaga pielęgnowania. W nazywaniu trudnego bycia z umarłą, a przecież żywą w inny sposób, Hajduga dochodzi do formuł, odbiegających od języka określającego ziemską, doczesną bliskość ludzi, syna i matki. Ich przebywanie ma zaskakującą, kontrapunktową dramaturgię: „na swój widok / oczy zamykamy // tak po prostu / dłużej nam // do siebie” („Powroty”). W tym położeniu także robienie żółwika odbywa się zupełnie inaczej i w wymiarze, w którym obowiązuje inny savoir-vivre: „czekamy na siebie / od okna do drzwi // kto pierwszy / kto komu // wyciągnie rękę / z kieszeni” („Żółwik”).

 

Ostatnie liryki wiążą się z cmentarzem, ale bez spodziewanej posępności i przygnębienia. Widok grobów rozświetlają chryzantemy („Wszystkich Świętych”). Konwencjonalną żałobę rozpraszają lingwistyczne wprawki pt. „Ćwiczenie mowy pogrzebowej”. Na koniec przychodzi nadzieja przez łzy: „łza w moim oku / nocą robi co może / pocieszamy się” („Będzie dobrze”). W tych minitrenach cierpienie przełamuje się w „przebłyskach”. One podsycają wolę trwania.

 

AUTOR: Zbigniew Chojnowski

ŹRÓDŁO: „Nowe Książki” 6/2018

 

Jerzy Hajduga, Jeszcze, Tercja, Poznań/Drezdenko 2018, s. 48.

Przeczytaj też