Dwa żywioły

Jak powstał tekst Dwa żywioły? Był 1994 rok. Maciej Zdziarski, 15-letni poeta i uczeń zamęczał mnie pytaniami: Jerzy Hajduga? Kim jest? A ja, wówczas 42-letni poeta i ksiądz odpowiadałem. Tak powstał reportaż, który włączyliśmy do wyboru wierszy Dwa żywioły. Dziś, po 20 latach, warto przypomnieć ten tekst raz jeszcze.

 


Jerzy Hajduga?

 

Kim jest?

 

Jest księdzem. W jego pokoju tętni życie. Można przyjść i przy filiżance kawy porozmawiać o wszystkim. Czasem takie rozmowy trwają wiele godzin.

 

W jego pokoju zatrzymuje się czas.

 

Jerzy Hajduga?

 

Kim jest?

 

Urodził się w Krakowie w 1952 r. Jako piętnastolatek zadebiutował w programie radiowym Popołudnie z młodością. Równocześnie debiut prasowy w Na przełaj. Klub Młodych Autorów. Wyjazdy, spotkania, zimowiska. Publikacje w Radarze. Wiersze, drobne prozy. Kawiarnie, klub Pod Jaszczurami. Tygodnik Kulturalny. Szum kawiarnianych dyskusji. Pisanie, pisanie.

 

I nagle wyciszenie. Dwadzieścia osiem lat życia. Lata zyskane czy stracone? Nachalnie powracający bilans. I narzucająca się odpowiedź. Chciał żyć inaczej. Jak?

 

Wybór Papieża. Szaleństwo na krakowskich ulicach. Radość.

 

Pierwsze dni zakonnego życia. Tak trudno unieść wielki ciężar murów. Nie wytrzymał. Po półrocznym pobycie w Zgromadzeniu Filipinów – wyjechał.

 

Dawny świat rozpadł się. Wszyscy zmęczeni, zabiegani. Maszyny do pisania w kącie. Jakieś małe handelki, sklepiki w centrum. Wille prawie gotowe. Gorączka Solidarności.

 

I ten niepokój. Co robić? Zostać? Wrócić.

 

Zdecydował. Pójdzie do Zakonu Kanoników Regularnych Laterańskich. Na Kazimierzu, w jego dzielnicy. Powoli przyzwyczaja się do ciężaru sutanny (za kilka lat na odwrocie obrazka prymicyjnego napisze: Święty Augustynie, Ojcze nawróconych – dziękuję).

 

Przez jakiś czas nie pisze wierszy. Pomaga mu poezja ks. Jana Twardowskiego. Impas mija. (Na pewno cenię poezję ks. Twardowskiego, jakkolwiek nie jest to mój duch. On jest bardzo franciszkański, taki troszeczkę słodki…). Zżywa się z zakonem. Zostaje nawet jego korespondentem prasowym.

 

Na czwartym roku studiów zadaje sobie dramatyczne pytanie: Czy warto? (Poszedłem wtedy do nieznanego spowiednika z innego kościoła. Powiedział mi, że kto raz otrze się o klasztorne mury, nie może być szczęśliwy w innym świecie). Kolejne miesiące przybliżają do święceń. Już tylko dwa miesiące. I nagle tragiczna wiadomość. Jego kochana matka – nie żyje. (To było przeżycie ogromne, wręcz buntownicze).

 

Powstał wiersz Mama zmarła:

 

mamo

a co będzie

z guzikiem

który miałaś przyszyć do koszuli

 

co będzie z kubkiem

któremu na wieść o twojej śmierci

wykręciłem ucho

 

co będzie z butem

pantoflem

chlebem

pod

nogami

 

co będzie

z tobą mamo

gdy w końcu

sam Bóg

ci powie

że

 

twój syn Jerzy

jest księdzem

da sobie

radę

bez

ciebie

 

Kilka lat później podeszła do niego starsza kobieta. Mówi: – Proszę księdza, ja księdzu przyszyję guzik. Na początku nie wiedział o co chodzi, zakłopotany szukał miejsca, w którym brakuje mu guzika. Po chwili zorientował się, że chodziło o ten wiersz . (Zrozumiałem, że chciała być dla mnie moją mamą).

 

Wreszcie prymicja. Pierwsza parafia – Drezdenko w woj. gorzowskim. Nowe kontakty. Pierwsze dni kapłańskiego życia. Nowe doświadczenia, nowe wiersze.

 

1989. Wydaje pierwszy tomik Nawrócenie św. Augustyna w tym samym Krakowie, w którym dwadzieścia lat wcześniej usłyszał w radio swój pierwszy wiersz. Pogmatwane życie, spóźniony debiut.

 

Stefan Drajewski: Poezja księdza Jerzego Hajdugi zdaje się odbiegać od dzieł innych twórców w sutannie. Mało tu frazeologii biblijnej, niewiele z kolorytu religijnego spotykanego dziś na każdym niemal kroku.

 

Zdzisława Zegadłówna: Wiersze są krótkie, oszczędne. Urywają się tuż przed oczekiwanym końcem. Dopisujemy go we własnych sumieniach. Prawdziwa poezja ma dawać szansę każdemu człowiekowi.

 

1990. Ukazuje się druga książka, podobnie jak pierwsza wydana nakładem Wydawnictwa Miniatura. Tytuł: Najtrudniej Bogu. (Dedykacja w moim egzemplarzu: dopisek nieprawdaż? i podpis: ks. Jerzy).

 

Stefan Drajewski: Bohaterami jego wierszy są ludzie nękani trudami życia codziennego, dylematem być-mieć, samotnością, niepewnością jutra. Większość z nich szuka sojusznika, a może przyjaciela. Najczęściej znajduje go w Bogu (…). Najważniejsze dla artysty i księdza sprawy dzieją się (…) w bliskiej, czasami nawet szarej rzeczywistości.

 

Piotr Rakowski: …miłość rozkwitła w wierszach kapłana, w dojrzałych artystycznie, etycznie i moralnie wierszach poety, który ma poczucie własnej godności. Jego poczucie godności ma swoje źródło w wierze. Wiara doprowadziła Jerzego do uznania prawdy Krzyża.

 

1991. Drezdenko. Ukazuje się bibliofilski tomik Panie, Ty wiesz…, wydany dzięki staraniom przyjaciół, którzy ciągle o nim pamiętają.

 

1991. Gietrzwałd. Na prośbę olsztyńskiego Teatru im. S. Jaracza pisze scenariusz spektaklu Ten pusty krzyż, którego wystawienie ma ubogacić program IV pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny. (Napisałem tę rzecz w oparciu o kilka tekstów, kilku autorów. Włączyłem też swoje wiersze. Temat – ten pusty krzyż. To temat, który bardzo lubię, dla mnie w ogóle krzyż, okres wielkanocny, jest bardzo twórczy).

 

Dziennik Północy: Premiera odbyła się 11 maja w kameralnej sali teatru im. S. Jaracza w Olsztynie. (…)Ten pusty krzyż zapewne cieszyć się będzie powodzeniem, bowiem każdy z nas znajdzie wśród słów sztuki aktualne nauki i wartości.

 

Gazeta Olsztyńska: Korzystając z pomysłu innej pisującej osoby duchownej, ojca Ramona Cue Romano, tworzy autor widowisko o ludzkiej egzystencji, o nieszczęściach nas wszystkich, o upadłych aniołach rzeczywistości (…).

 

1991. Olsztyn. Nakładem Marka Gardzielewskiego i Barbary Lis-Romańczukowej ukazuje się wybór Miłość, która nie mogła umrzeć.

 

W tym czasie autor pełni posługę duszpasterską ponownie w Drezdenku.

 

Tyle o Jerzym Hajdudze.

 

Jerzy Hajduga?

 

Kim jest?

 

Mówi: – Mój debiut? Mówiłem ci kiedyś… Kazimierz Szemioth przeczytał wiersze w radiu. Nie wiedziałem w ogóle, co o nich powiedział – byłem speszony i zaskoczony.

 

Później publikacje w Na przełaj. Przez Na przełaj poznałem pierwszych ludzi piszących. Wtedy była moda na wojaczkowanie. Kawiarnie pełne Rafałków, mocne picie, awantury.

 

(Pamiętam bardzo ciekawe odczucie. Napisałem kiedyś wiersz o Wawelu, dość młodzieńczy i nieporadny zresztą. Ale kiedy poszedłem na Wawel, czułem tam swoje słowa. Wszystko było inne, bardziej poetyckie, tajemnicze. Odczuwasz to czasami?).

 

Szybko przeskoczyłem poetycką młodość. Odszedłem od Naprzełajowców na inne salony. Poznałem ludzi znanych, piszących i publikujących poważnie, a nie bawiących się w pisanie.

 

Mój pierwszy szok ze spotkania z artystycznym Krakowem? No oczywiście wódka, strumienie wódki. Kontakty towarzyskie bez wódki wtedy nie istniały. To był taki styl na pisanie – casus Wojaczka, który już za życia był legendą. Najpoważniejsi w tym światku byli poeci z Grupy Teraz – Zagajewski, Kornhauser, Stabro… To byli intelektualiści pełną gębą, w przeciwieństwie do nas – zadziornych szaleńców.

 

Po szkole średniej miałem iść na polonistykę. Złożyłem nawet papiery – ale na egzamin nie poszedłem. Ktoś mi powiedział, że oczytanie i inteligencja to nie wszystko; potrzebna jeszcze konkretna, egzaminowa wiedza. Chyba się wystraszyłem. I jeszcze jedno: nie chodziłem do liceum, tylko do technikum geologicznego. Znałem się więc na kamieniach, i to też słabo, bo byłem bardzo niesystematyczny.

 

Rodzice? Bardzo konkretni: chcieli syna z willą, z samochodem – szczęśliwego… Zaprosiłem ich kiedyś na wieczór autorski. Przyszli, owszem, ale nie byli oczarowani. Wyczuwali, że to coś innego, niezwykłego, taki styl życia, ale za bardzo im to nie odpowiadało.

 

Wojsko? Wytrzymali ze mną tylko rok. W ogóle poszedłem późno, gdyż miałem niedowagę. Dwadzieścia cztery lata i 47 kilo. Potem przytyłem o dwa. Norma była 50.

 

Ale wzięli mnie, choć się bardzo migałem. Na komisję włożyłem okulary. Nie mogłem włożyć papierosa do ust; szkła były tak mocne, że nic nie widziałem.

 

Potem strzelałem kilka metrów od tarczy, ale mnie to nie przerażało. Byłem Szwejkiem.

 

Pracowałem wszędzie po siedem miesięcy. Potem mnie wyrzucali, lub odchodziłem na własną prośbę. Szukając pracy stawiałem dwa warunki: koniecznie umysłowa i niedaleko od centrum, żeby były możliwe wypady do kawiarni.

 

Tylko raz byłem naprawdę zadowolony. Pracowałem w Muzeum Narodowym. Byłem kierownikiem objazdowej galerii – jeździłem z kopiami obrazów do szkół i domów kultury, i przy okazji wygłaszałem prelekcje.

 

Z muzeum też mnie wyrzucili. Pojechałem z „moją” wystawą do zakładu pracy, gdzie okazało się, że obrazy mają być tylko dekoracją towarzyszącą konferencji.

 

Musiałem bronić godności obrazów… Sprzeciwiłem się, tłumacząc, że to wystawa, a nie dekoracja. Moi ludzie załadowali to wszystko do żuka i pojechaliśmy. Szef ochrzanił mnie porządnie – miał jakieś układy z jedną z szych tej firmy. W ten sposób przestałem być muzealnikiem.

 

Nadszedł okres przemęczenia. Takie emocje na początku są bardzo fajne, ale potem zaczynają nudzić. Męczyli mnie ludzie, męczyły wielogodzinne biesiady. Zacząłem szukać ciszy.

 

Od Kościoła odszedłem przez ten czas bardzo daleko. Kiedy po raz pierwszy od wielu lat poszedłem na Mszę, czułem się jak w obcym miejscu.

 

Dziś nie jestem pewien, czy moja pierwsza próba wstąpienia do zakonu była całkiem poważna. Może potrzebowałem podniety do napisania czegoś nowego?

 

Święta Góra w Gostyniu, Zgromadzenie Filipinów. Tam po raz pierwszy odczułem pot na ciele od pracy fizycznej (w wojsku mnie to ominęło, bo byłem meteorologiem). Kazali mi przenosić deski z kupki na kupkę.

 

Klerycy stamtąd…? Dziwni, nawiedzeni i szalenie nieobyci. Nazwisko: Ewa Demarczyk nie mówiło im zupełnie nic…

 

Nie wytrzymałem, oczywiście. Trzeba było kuć. Nie o to mi chodziło. Chciałem wyciszenia, refleksji, a musiałem zająć się nauką.

 

Zwiałem. Po prostu spakowałem walizki i wyszedłem. Później skontaktowałem się z przełożonym. Chciał, żebym wrócił, ale uparłem się. Potem gdzieś wyjechał, wszystko zaczęło się przeciągać.

 

Wyszedłem w marcu, a w sierpniu – po rozmowie z proboszczem mojej parafii – wstąpiłem do kanoników.

 

W swoim mieście, swojej dzielnicy – zostałem zakonnikiem. Chodziłem w sutannie znajomymi ulicami. Wtedy nikogo nic nie dziwiło. Był stan wojenny, ludzie robili różne rzeczy. Wyjeżdżali, chowali się. A ja… patrzyłem na to już zza murów klasztoru.

 

Matka czekała na święcenia. Zmarła dwa miesiące wcześniej. To była miażdżyca. Chciała zobaczyć mnie przy ołtarzu; nie udało się. Gdyby nie załatwianie wszystkich spraw, diakonat, egzaminy, chyba bym odszedł… To był wielki bunt. Ale minęło.

 

Później o swoim pogodzeniu napisałem wiersz, Już mało w Tobie człowieka:

 

Ojcze już dźwigam krzyż

ciężko mi upadam – przed chwilą

podszedł do mnie Jerzy wiesz

ten od księży kanoników

nie wiedział co powiedzieć

szepnął: Jezu

            co ze mną

            już mało

            w Tobie

            człowieka

 

Maj. Procesja w dużym, neogotyckim kościele. Z przodu idą dziewczynki, rzucają płatki kwiatów. Rozchodzi się woń kadzidła.

 

Święty, święty, święty Pan Bóg zastępów – słychać dokoła. Ksiądz Jerzy idzie powoli, ubrany w ciężką, złocistą kapę. Niesie Monstrancję.

 

Koniec nabożeństwa. Staruszki wychodzą z kościoła.

 

– Taki delikatny i ładny ten nasz ksiądz Jerzy – szepcą pobożnie, podekscytowane.

 

Drezdenko, 1994 r.

 

Autor: Maciej Zdziarski

Dodaj komentarz