Czy można poezjować jeszcze ciszej?

Dziwi się recenzent, gdy sobie uświadomi, że nawet skrótowe omówienie skrajnie minimalistycznego w swej poetyce tomu Jerzego Hajdugi będzie obszerniejsze niż zbiór rekomendowany uwadze czytelnika – pisze Piotr Wiktor Lorkowski w recenzji tomu „Jeszcze”.

 

 

Cóż współczesna poezja chętnie korzysta z prawa do czynienia skrótów, do syntetyzowania refleksji, do zamilkania w niespodzianych momentach. Umiejętność takiego właśnie modelowania poetyki mogliśmy zaobserwować na kartach poprzedniego zbioru tego autora, Odpocząć od cudu (2015). Nowy tomik został zatytułowany skromniej, najprościej, odrobinę zagadkowo – jeszcze. Tematycznie nawiązuje do poprzednika, ale stylistycznie, maksymalnie ściszając ton głosu, podąża dalej – pod samą granicę ascetycznie, monastycznie skupionego milczenia. Poeta przed wielu laty wstąpił do zakonu kanoników regularnych laterańskich. Lecz ani myśli nawiązywać do idiomu tzw. poezji kapłańskiej. Skupia się nie na tym, co wynika z jego społecznej roli, nie polega na eklezjalnej powadze. Jego podmiot eksponuje raczej elementarnie-ludzką stronę przeżyć. Prędko możemy się przekonać, jak bardzo potrzebują one ciszy, gdyż w niej dojrzewają do egzystencjalnej prawdy. Aczkolwiek w istnieniu mówiące tutaj „ja” utwierdza tu przede wszystkim miłość, miłość synowska kierowana ku matce i miłość macierzyńska obejmująca syna, bardzo już dojrzałego, pewnie kroczącego obraną drogą. Fakt śmierci matki, przynajmniej początkowo, zmienia tę relację jedynie w niewielkim stopniu. Jak gdyby łącząca ich miłość zatrzymywała bieg czasu. Jednakże im bardziej przesuwa się ona w sferę tęsknoty i serdecznej pamięci, tym wyraźniej zaznacza się destrukcyjny wpływ przemijania. Konieczną pracę żałoby poeta traktuje nieomal jak obrządek, opisując znaki matczynej nieobecności, choćby tak: „W pokoju u mamy/ zostały jeszcze/ dwa krzesła// nam wystarczy/ jedno” (Usiąść razem); wcześniej zauważa: „pokój oddycha uwolniony/ od mebli od łóżka/ z tobą// jeszcze w kącie na czterech nogach// wierne jak pies” (Na sprzedaż); przeżywa za swym smutkiem święta roku liturgicznego (Wszystkich Świętych; Bóg dzieckiem). Poszukuje oczyszczenia i pociechy we łzie: męskiej i czystej, przypominając, jak bardzo smutek może być postacią miłości.

 

Oczywistość spraw, które unaoczniają nam wiersze Jerzego Hajdugi nie wymaga wielu słów. Ale domaga się słów najważniejszych. Ich wybór, wskazanie ich czytelnikowi to zadanie iście poetyckie. Nie ogranicza się, rzecz jasna, do wertowania słowników czy lingwistycznych gier (chociaż, gdy przyjrzymy się wierszowi Samobójca żyje, złożonemu wyłącznie z powtórzonej dwukrotnie partykuły oraz ośmiu zaimków, stwierdzimy, że i takie koncepty nie są poecie całkiem obce). Widać tu nieustanną gotowość do przepracowywania intuicji, doświadczeń oraz nieustanne próby ich najwierniejszego wy-słowienia; nadto – chęć weryfikacji własnej wypowiedzi, nawet stwierdzania jej niedoskonałości, niedostateczności w porównaniu z materią, której wiersz chciałby dotknąć (zob. Jeszcze nie). Zatem tytułowe „jeszcze” sugeruje temporalne zawieszenie, odwleczenie definitywnego rozwiązania, oczekiwanego skutku. Z początku w wymiarze poetyckim, ale niebawem – także w wymiarze osobistym. Bo podmiot tego zbioru jest postacią w owym „jeszcze” bez reszty zanurzoną, egzystującą po tej stronie życia, wszakże coraz częściej obserwującą oznaki wychodzenia z siebie (Ból), porzucenia przez przedmioty (Ostatni guzik), czy też zjawisko ubywania słów (Żywego więcej). Stąd może wynikać małomówność wierszy Hajdugi. Jednak przy całej dotkliwości rozstania, poczucia osierocenia i opuszczenia (zob. Śmierć ci była milsza), trudno byłoby zauważyć tutaj przejawy pesymizmu. Poeta przeciwstawia mu się bowiem krótko acz stanowczo: „nie bo/ niebo (Wieczniej). Tego się trzyma, bynajmniej nie naiwnie. Dlatego też pod koniec tomu, niejako zgodnie z kanonami kompozycyjnymi żałobnego cyklu, ból utraty oczyszcza się w pocieszeniu.

 

Hajduga należy do poetów w najwyższym stopniu antyretorycznych, pokusę gadulstwa na tematy ostateczne poskramia finezyjną ironią (zob. ćwiczenie mowy pogrzebowej). Jednocześnie wpisuje się w tradycje poetyki lapidarnej, którą tworzą tak liryki lozańskie (por. wiersz Stara łza) jak zeuropeizowana obrazowość haiku (Skradziony pocałunek).

 

Prowokacyjne spytam: jak blisko milczenia można podprowadzić wiersz, by go nie wygasić, nie odebrać mu głosu? O wyciszonej poezji Hajdugi można chyba powiedzieć, że zmierzając do minimum, osiągnęła już pewne optimum wyrazu. Dalszego jej zamilkania wyobrazić sobie nie potrafię. Ale nie wykluczam, że nas jeszcze zaskoczy.

 

Autor: Piotr-Wiktor Lorkowski

 

Źródło: nowelitery.blogspot.com

Przeczytaj też