Czuję się jakoś oszukany

Każdy z nas ma jakiś swój grzech, jakiś upadek, o którym tylko Bóg wie, jednak to On pomaga zrozumieć innych grzeszników, a nie tylko gorszyć się ich upadkiem. Ale, oczywiście, trzeba nazwać grzech po imieniu i ukarać jego sprawców.

 

 

Grzechy w Kościele były, są, będą i nie omijają nikogo. Kiedy dowiaduję się, że popełniają je koledzy księża, to ogarnia mnie smutek i rozczarowanie.

 

Ostatnio zaskoczyły mnie informacje o ilości tych przewinień. Kiedy okazuje się, kto je popełnił, czuję się jakoś oszukany przez współbraci w kapłaństwie. Gdzieś się z kimś spotkałem i nic nie wskazywało, że ten człowiek tak mocno grzeszy, a potem okazuje się, jakie popełniał czyny. Na co dzień w zakonie bardzo rzadko spotykałem współbraci, których czyny wywoływały zgorszenie. Kiedy zdarzyło się, że zaistniał jakiś grzech, a zwłaszcza, gdy popełnił go przełożony, który miał kobietę i był zmuszony opuścić zakon, byłem tym mocno dotknięty. Boli mnie też to, jak zachowuje się sporo księży odchodzących z kapłaństwa. Zamiast to robić w cichości, z pokorą, idą do mediów i robią z siebie gwiazdorów, często opowiadają źle o Kościele. Jest w nich jakaś potrzeba zagłuszenia krzykiem prawdziwego problemu, który ich dotyczy.

 

Każdy z nas ma jakiś swój grzech, jakiś upadek, o którym tylko Bóg wie, jednak to On pomaga zrozumieć innych grzeszników, a nie tylko gorszyć się ich upadkiem. Ale, oczywiście, trzeba nazwać grzech po imieniu i ukarać jego sprawców. Grzech pedofilii jest większego kalibru. Jest napiętnowany nawet przez więźniów osadzonych ze skazanymi za pedofilię. Oni nie mają w więzieniach życia.

 

W naszym kościele od niedawna jest nowa rozmównica – konfesjonał. Jeden z księży zaznaczył, że nie będzie z niego korzystał, bo uczy dzieci i nie chce być podczas spowiedzi posądzony o molestowanie. Ja też tam chyba nie wejdę. Wiadomości o grzechach księży sprawiły, że zaczęła się nakręcać spirala strachu, jak zostanie zinterpretowane zachowanie kapłana. Gdzie te czasy, które pamiętam z dzieciństwa, kiedy naturalne było, że ksiądz głaskał mnie po głowie, dawał cukierka. Dziś jest to nie do pomyślenia.

 

W czasach mojej młodości bardziej się szanowało księdza. To był rok 1980, miałem 28 lat, kiedy wstąpiłem do zakonu. Mieszkałem w Krakowie, pisałem wiersze, koledzy uważali mnie za człowieka kawiarnianego i pytali, co mi odbiło. Uznali, że w zakonie pewnie chcę coś przeżyć i napisać o tym książkę. Zdziwili się, że nie o to chodzi. Potem przyszedł stan wojenny, a ja mocno odczułem, jak księża są ludziom potrzebni. A nawet jako ksiądz czułem się mocno wyróżniony.

 

Zdarza się, że młodzi, kiedy widzą księdza, odwracają się. Mieszkam w Drezdenku, 9-tysięcznym miasteczku, i na tyle tam się wszyscy znamy, że każdy wie, kim jestem. Mam zwykle taką swoją trasę, od plebanii przez cmentarz do szpitala, gdzie jestem kapelanem, i spotykam na niej wiele osób, którzy mile mnie pozdrawiają. Nawet musiałem się nauczyć, że patrzę na samochody, bo ludzie kłaniają się zza szyb.

 

Dzisiaj w kapłaństwie trzeba przede wszystkim być człowiekiem. Nie lubię kapłanów, którzy myślą jak paragraf – odtąd dotąd. Albo kiedy głosząc homilię, podkreślają, jacy są mądrzy. To drażni wiernych i wtedy zdarzają się dziwne sytuacje, że ktoś chodzi do kościoła ze względu na jakiegoś księdza albo ze względu na niego nie chodzi. Ja, muszę przyznać, czuję się lubiany przez ludzi, którzy często mówią o mnie „ksiądz poeta”. Ta ich sympatia to dar od Boga, za który Mu nieustannie dziękuję.

 

Wysłuchała: Barbara Gruszka-Zych

Źródło: „Gość Niedzielny” nr 39 (30 września 2018)