Arkadiusz Frania o jeszcze Jerzego Hajdugi: Wiersze jak oddech*

Najnowszy tomik jeszcze Jerzego Hajdugi zawiera 40 liryków-oddechów, -muśnięć, -dotknięć wszechświata unerwionym koniuszkiem palca. Tych wierszy nie sposób czytać, trzeba je w sobie rozdzwonić. Gdy zakiełkują w wyobraźni, otworzą się przejścia między rzeczywistościami rozdzielonymi dotąd ścianami przyzwyczajeń – pisze Arkadiusz Frania.

 

Kim jest Jerzy Hajduga? Księdzem, poetą lub raczej księdzem-poetą. I coraz bardziej awangardzistą, eksperymentatorem. Bez wątpienia też maksymalnym minimalistą, bo powiedzieć, że Jerzy Hajduga używa małej liczby słów, to nic nie powiedzieć.

 

Nie tyle używa najmniej słów, ile mniej niż najmniej albo nieraz prawie w ogóle, do czego przyznaje się sam, najpierw z niejaką nieśmiałością w Cała tam reszta: „są poeci bez słów ba / wśród nich może ja” (s. 9), a później w Ktoś żegna już bez ogródek, dostrzegając przy okazji walory małomówności: „moje wiersze bez słów / coraz więcej mają / do powiedzenia” (s. 33).

 

Na autorskim blogu poety możemy przeczytać taką reklamę zbiorku: „W nowym tomie Jerzy Hajduga nie zmienia swojej poetyki, nie dokonuje rewolty. Może tylko zwiększa się kondensacja wiersza, jego zagęszczenie, stężenie frazy, półsłówek”. Ta rebelia poetycka Jerzego Hajdugi trwa jednak od jego debiutu, będąc stałym czynnikiem osobowości. Omawiana liryka opiera swoją siłę na angażowaniu czytelnika, którego zadaniem jest odnalezienie w sobie rzuconych na kartkę papieru przeczuć, gdyż fabuła liryczna częściej znika, niż pojawia się i objawia wprost.

 

Na blogu Jerzy Hajduga informował o przygotowywaniu zbioru do edycji, zdradzał jego tytuł, podkreślając, że zawartość to efekt konsultacji z przyjaciółmi: „Praca nad moim nowym tomikiem wierszy trwa – jeszcze. Co do sporej części tekstów panuje zgoda wśród przyjaciół, ale jeszcze trzeba doszlifować książkę, żeby była spójna wizja. Jest już tytuł i co do niego wszyscy są przekonani. Tytuł składa się z jednego wyrazu: jeszcze. Niebawem (jeszcze?) dojdzie nowy problem, gdy będziemy chcieli coś napisać o mnie. Chciałbym jak najkrócej, a nawet zastąpić życiorys wierszem, zresztą najnowszym i pod znamiennym tytułem: Żywego więcej. Mnie się podoba. Jeszcze?”.

 

Ostatecznie utwór Żywego więcej wkomponowano w całość, a na przedostatniej stronie widnieje bardzo oszczędna nota o autorze, której kluczowymi składnikami są te odnoszące się do profesji: „poeta, kanonik regularny laterański” (s. 47).

 

Poeta z Drezdenka nie przystałby na świat bez wierszy, skoro pisze: „strach pomyśleć / co będzie / bez nich” (s. 5). W wirtualnym notatniku zamieścił wpis pt. Z wierszem jak z przyjacielem: „Wiersze piszę, z wierszem rozmawiam tak jak z przyjacielem. Gdy czasami nie mamy sobie nic do powiedzenia, też nam jest ze sobą dobrze. I tak aż nadto dni i nocy do przegadania. Dziękuję, przyjacielu”. Zazdroszczę autorowi takiej wiary w potęgę poezji, sam wątpię z każdym rokiem bardziej, czy w ogóle literatura ma przyszłość, choć – pocieszam się – jeśli istotnie jej nie ma, to przecież przyszłością w najgorszym przypadku będzie przeszłość, jedyny prawdziwy stan skupienia czasu.

 

Najważniejszą osobą w wierszach Jerzego Hajdugi jest matka. Twórca, dokonując jubileuszowego obrachunku na 65. urodziny, wyznaje: „dla mamy / byłem // choćby / chwilę” (s. 4). Rodzicielka zostaje wspomniana w Matka wraca, W szafie jest koc, Wyruszamy, Koniec rozstań, Wszystkich świętych. W Śmierć kołysze czytamy: „mama w dziecięcym / łóżeczku // znowu mnie / rodzi” (s. 7), natomiast w Usiąść razem: „w pokoju u mamy / zostały jeszcze / dwa krzesła” (s. 16). Uwyraźnia się tęsknota do czasów prenatalnych, do azylu macicy, chroniącej przed złem, podszeptami i zakusami. Czyż takim w wymowie nie będzie fragment: „wracam do łóżka / łóżeczka // do siebie” (s. 17)?

 

Poezje Jerzego Hajdugi to impresje czy też miniatury egzystencjalne o samotności, poszukiwaniu własnej drogi do „ja”, gdyż najtrudniej spotkać i zrozumieć samego siebie: „sam w wagonie nocnego pociągu / na brudnej szybie oddech / zapisany ustami” (s. 35), „dłużej nam // do siebie” (s. 37), „załapać na szept / ze sobą” (s. 24).

 

Mimo iż wiersze zostały napisane przez osobę duchowną, nie są nadmiernie nabożne (co nie znaczy, że bezbożne), a już na pewno nie nachalnie teologiczne. Motywy księżowskie snują się dyskretnie, jak m.in. w Brak słów, gdzie płynie sugestia, by modlitwy odmawiać sercem: „no to / pogadaj // swoim / językiem” (s. 25). W akcie spowiedzi w Matce poety znać już pióro spowiednika: „Proszę księdza, czy mogę Boga prosić, by ten ból / wrócił od syna do mnie? To taki dobry chłopiec, / on tylko by pisał wiersze” (s. 26). Te liryki nie posiadają pieczęci kaznodziejskiej, większość z nich mógłby napisać człowiek świecki: „pokój oddycha uwolniony / od mebli od łóżka / z tobą // jeszcze w kącie / na czterech nogach // wierne jak pies” (s. 15). Wyszukamy też rysy męskie: „moje // odkryte / ciało” (s. 21) czy nawet niejednoznaczne, choć dotyczące relacji – by niczego nie zamącać – międzyludzkich: „obok dłoń z której / trudno się wyrwać // nie dzisiaj / nie jutro” (s. 31).

 

Kolekcjonerzy wierszy autotematycznych wynotują teksty o impulsie miłosnym: „przechowuję wiersze miłosne / na ostatnią chwilę” (s. 10), „wyciągam ci / wiersz z ust” (s. 11). Robert Cieślak w szkicu Poetycki świat Jerzego Hajdugi (Pisarze w sutannach i habitach, pod redakcją Roberta Cieślaka i Piotra Urbańskiego, Wydawnictwo Naukowe Uniwersytetu Szczecińskiego, Szczecin 2008 s. 56) zauważa: „w poezji kapłańskiej, w takiej zwłaszcza wersji, z jaką mamy do czynienia u Hajdugi, rezygnującej z drogowskazów wyznaczonych kanonem mowy uschematyzowanej według wzorca określonego porządkiem rytu chrześcijańskiego, możemy dostrzec wyrazistą chęć operowania swoistą dwuwartościowością języka. Z jednej strony język ów wykazuje potencjał odsłaniania (może niekiedy obnażania) twórczej i osobowościowej indywidualności podmiotu piszącego, z drugiej zaś okrywa dwuznacznością słowa czy nieokreślonością metafory możliwą do zrekonstruowania w mowie poetyckiej autentyczność wypowiedzi, poddającą się sprawdzeniu w świecie relacji międzyludzkich”.

 

Poeta bez pardonu wykorzystuje potencję słów, właściwości znaków diakrytycznych (ogonków, kreseczek), których obecność lub brak zmienia znaczenie wyrazów, ale dla bystrego użytkownika języka polskiego stanowi dodatkowe narzędzie budujące wiersz. Jaskrawym tego przykładem będzie tekst Podobnie: „jak po guziku / i po mnie // nić // nic” (s. 22). Niekiedy wystarczy spacja i powstaje Wieczniej: „nie bo / niebo” (s. 28); innym razem odbywa się zabawa w przestawianie kolejności wyrazów, jak w Samobójca żyje: „to nie ja / ja nie to // co ten / ten co” (s. 39).

 

Liryki Jerzego Hajdugi czyta się tak, jak chwyta oddech: szybko, by przeżywać je dłużej.

 

Jerzy Hajduga, jeszcze, Poznań/Drezdenko 2018, Tercja, ss. 48.

 

*Tytuł oryginalny tekstu to: Wiersze prawie bez słów.

AUTOR: Arkadiusz Frania

Źródło: http://pisarze.pl/

 

Przeczytaj też

Jedna myśl na temat “Arkadiusz Frania o jeszcze Jerzego Hajdugi: Wiersze jak oddech*

Możliwość komentowania jest wyłączona.